Wyprawa rowerowa GDAŃSK - WOŁOSATE

 
Poniedziałek, Październik 3, 2016, 19:54 | Brak komentarzy »

   Z Jezioran pomknęliśmy w stronę Mrągowa, serca Mazur, które, szczerze mówiąc, nie wywarło na nas większego wrażenia ( no może oprócz tego, że był tam Kaufland a w Kauflandzie półki peeeeełne małych trójkątnych krakersów, które zadowalały nasze podniebienia przez cały pobyt w tym mieście). Były to dni deszczowe. Małe denerwujące kropelki spadały z nieba dniami i nocami. Było zimno, mokro, brzydko, a co najgorsze, zostaliśmy tam cztery dni, bo pogoda nie dawała nam jechać dalej! Oglądaliśmy Harrego Pottera i jedliśmy cudeńka zwane przeze mnie " trójkącikami". Kiedy stwierdziliśmy, że pogoda pozwoli nam wsiąść na rowery, zebraliśmy się jak najszybciej i pożegnaliśmy Mrągowo ( muszę przyznać, że z uśmiechem na twarzy). Kolejnym miejscem, do którego zawitaliśmy, było miasto, a może i miasteczko o nazwie Ruciane- Nida. Droga była ciężka a nasze przypuszczenia co do " słoneczko zaraz wyjdzie!"- błędne. Oj zdzwiliśmy się, jak ni stąd ni z owąd lunął deszcz i z nieba zaczęły spadać pioruny. Przemokliśmy do suchej nitki i nie było sensu wyciągać kurtek, bo stracilibyśmy tylko na czasie. Dojechaliśmy. Przy wjeżdzie do miasta zahaczyliśmy o warzywniak, w którym znależlismy piękną dużą kapustę. Po dedukcji " na głodnego" stwierdziliśmy, że pochłoniemy ją całą w jeden wieczór- nic bardziej mylnego! Jedliśmy ją przez trzy dni... Na końcu przeobraziła się w łazanki, które spożywaliśmy na śniadanie, drugie śniadanie, trzecie śniadanie, czwarte śniadanie ( my wcale dużo nie jemy), obiad i kolację. Ruciane- Nida zaoferowało nam dużo odpoczynku.

   Następnego dnia dojechaliśmy do Mikołajek. Po drodze nie spotkało nas nic wyjątkowego. Znów złapał nas deszcz, ale jak to mówią, po burzy zawsze wychodzi słońce i tak było i w tym przypadku... W KOŃCU! Naszym zdaniem Mikołajki to jedno z najpiękniejszych miast, do jakich zawitaliśmy. Cudny port i molo, gdzie spędzaliśmy całe wieczory, a co najlepsze, sklep, w którym stołowaliśmy się cały wyjazd ( Biedronka) był usytuowany w dogodnym dla nas miejscu. Tutaj pierwszy raz w życiu spróbowaliśmy rybki Sielawy, która nie rzuciła nas na kolana, a nasze portfele na tym bardzo ucierpiały. Od pola namiotowego do centrum mieliśmy kawałek drogi, ale to nie przeszkadzało nam w tym, żeby jeździć tam kilka razy dziennie. Na molo jedliśmy kolację i oglądaliśmy łodzie i motorówki, które, nie ukrywajmy, prezentowały się cyklonautycznie. Widok ten skusił nas do wynajęcia jednej. Przed wypłynięciem zaopatrzyliśmy się w Biedronkowe jedzenie i wyruszyliśmy w " podróż po Śniardwy". Możliwość sterowania czymś pływającym bardzo ucieszyła mojego towarzysza. Gdy było już po wszystkim, poszliśmy na pyszną kurkową zupę, która okazała się być rosołem z dorzuconymi do niego kurkami. Można to opisać jednym słowem: " fuj". Podsumowując, Mikołajki to cudowne miejsce, które polecamy każdemu, kto lubi piękne zachody słońca i jedzenie rosołu z kurkami.


Wtorek, Wrzesień 20, 2016, 15:34 | Brak komentarzy »

 

   W Fromborku poznaliśmy pewnego chłopaka, który planował pokonać mniej więcej taką samą trasę, jak my. Wieczorem przyszedł do nas i rozmawialiśmy około godziny. Stety, albo niestety, dogadaliśmy się, żeby jechać razem ( proponując mu to, chodziło nam o pierwsze kilometry, ale biedak źle zrozumiał i zaczął planować nam spotkanie z jego rodziną). Spanikowaliśmy. Nie do końca wiedzieliśmy, co zrobić- bo odwołać tego nie wypada- żeby nie sprawić nikomu przykrości. Umówiliśmy się z nim na wyjazd o godzinie 6:00. Nasz plan był dość wredny i nietaktowny, ale troszkę zaspaliśmy, z nadzieją, że chłopakowi znudzi się czekanie. Nadzieja matką głupich! Wyruszyliśmy. Dojechaliśmy do Braniewa i naszemu towarzyszowi popsuły się bagażniki na sakwy ( spróbujcie przyjechać 1500 kilometrów z sakwami zaczepionymi na trytki- mogę wam gwarantować, że się nie uda). Adam ( dajmy na to, że tak miał na imię) został w tyle. Czekaliśmy na niego około 30 minut, ale nie chcieliśmy tracić czasu, bo do przejechania zostało nam jeszcze 90 km, więc pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy w dalszą podróż. Odcinek Frombork- Olsztyn ( do którego nie dojechaliśmy), był najgorszym i najcięższym odcinkiem całego wyjazdu. Nie chodzi tu o przewyższenia, bo takowych nie było. Słońce dawało się we znaki i niemiłosiernie mocno grzało moją głowę, która po dwóch godzinach jazdy stwierdziła: " O nie, ja się poddaje i dalej nie jadę". W ciągu wyjazdu zdarzyło się to dwa razy i nie było opcji, żeby dopedałować do wyznaczonego celu. Wjechaliśmy w polną drogę i mapa pokazywała, że dookoła nas jest mnóstwo małych jeziorek. Filip zaproponował, że pojedzie zobaczyć, czy jest możliwość rozbicia się nad jednym z nich. Ja zostałam na środku polanki i odpoczywałam, dojadając resztki winogrona. Okazało się, że stawy były czyjąś własnością. Zaczęliśmy kombinować. Obok nas był las, a w lesie była rzeczka. Pomyśleliśmy sobie wtedy: " Czy to aby nie jest idealne miejsce do noclegu na dziko?". Przedarliśmy się przez pole pszenicy i już prawie weszliśmy do lasu, gdy okazało się, że żeby dojść do rzeczki, musimy zejść po 10 metrowym osuwisku z rowerami i całym ekwipunkiem. Być może by się udało, ale na wszelki wypadek sprawdziliśmy jeszcze pogodę. W nocy miało lać i grzmocić. Ze względu na chęć do życia i niechęć do bycia przygniecionym przez drzewo, które mogłoby upaść pod wpływem mocnego wiatru, zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i ostatkiem sił dojechaliśmy do Dobrego Miasta. Nie ze wględu na widoki, architekturę, czy ładny nocleg, bo niestety, ani tego, ani tego, ani tego tam nie zastaliśmy. Po prostu zmęczenie wygrało z wszystkimi innymi potrzebami oraz celami, a ta miejscowość była najbliższą z możliwych.
    Z rana, kolejnego dnia, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy w stronę Jezioran. Byliśmy bardzo podekscytowani, bo z dnia na dzień było nam coraz bliżej do serca Mazur. Gdy dotarliśmy na miejsce, powitali nas bardzo mili właściciele. Nie zdążyliśmy się nawet wykąpać, a już zostaliśmy zaproszeni na obiad, który zresztą był cyklonautyczno pyszny! Siedzieliśmy tak i rozmawialiśmy do poźnego wieczoru. Gdy zmożył nas sen, pożegnaliśmy się i poszliśmy do naszego " pałacu"- wynajęliśmy domek ... ( głównie ze względu na to, że chcieliśmy mieć pralkę :D ). Mieliśmy do dyspozycji duży basen, drzewo czereśni ( co z całego wyjazdu, uszczęśliwiło nas najbardziej) oraz mały, i jak się później okazało, cieplutki stawik. Tak nam się tam spodobało, że zapłaciliśmy z góry za dwa dni.


Niedziela, Sierpień 28, 2016, 14:27 | Brak komentarzy »

    27 czerwca 2016 roku wyruszyliśmy pociągiem z Wrocławia do Gdańska, aby stamtąd rozpocząć naszą wyprawę rowerową ciągnącą się z Trójmiasta aż po Bieszczady.

 

 

  

  

   Do Gdańska trafiliśmy bardzo zmęczeni, gdyż po drodze w pociągu zacięły się automatyczne drzwi i nie pozwalały nam spać, wydając co kilka sekund dźwięk " tsss". Po dotarciu na miejsce i uświadomieniu sobie tego, że nasze plany w najbliższym czasie rzeczywiście zostaną zrealizowane, wróciliśmy do spraw przyziemnych i zaczęliśmy szukać toalety.
   Z Trójmiasta kierowaliśmy się w stronę nieznanego nam, a jakże pięknego, Jantaru.

 

 

 

 

 

Pierwszy odcinek liczył zaledwie 28 kilometrów. Po drodze zaliczyliśmy mnóstwo przerw, aby wyciągnąć rzeczy, które wcześniej wydawały nam się niepotrzebne ( dlatego też, schowalismy je w najciemniejsze zakamarki sakw). W Jantarze spędziliśmy dwa dni, bycząc się na plaży i pływając w morzu. Naszym skromnym zdaniem, wyprawa rowerowa, nie polega na zrobieniu jak największej ilości kilometrów w jeden dzień, lecz na odpoczynku, poznawaniu nowych ludzi oraz czerpaniu przyjemności z jazdy.
   Jeśli chodzi o spożywanie posiłków, to "mniejszą większość" dostawaliśmy od dobrodusznych ludzi, poznanych na naszej trasie. Pierwszym podarunkiem była wędzona przez właściciela pola namiotowego " Jantarowa ryba", której nazwy nie pamiętamy, ale wiemy jedno- była nieziemska.

 

 


 

    Kolejnym punktem naszej wyprawy była Krynica Morska. Miejsce pięknych, piaszczystych plaż, ogromniastych pająków i płatnych pryszniców ( dwa złote za dwie minuty, pięć złotych za pięć minut- możecie sobie wyobrazić, jaki szok przeżyliśmy, jak okazało się, że w portfelu mamy tylko dwuzłotową monetę). Małe, włochate stworki ( czyt. pająki), nie raz spędziły nam sen z powiek. Z rana widzieliśmy je dosłownie wszędzie. Rower, trawa, drzewa, a nawet buty! Co najgorsze, oboje boimy się pająków, więc bardzo dużym problemem było wyciągnięcie jednego z namiotu. Nastepnego dnia, o wczesnej godzinie wsiedliśmy na prom, który zabrał nas do Fromborka. Z jednej strony, było to dosyć miłe przeżycie ( wiecie, wiatr we włosach i te sprawy), ale, gdy jedziecie na wyprawę rowerową i macie wybór miedzy przepłynięciem promem a przejechaniem tego dystansu rowerem, polecamy drugą opcję.

 

 


   

 

 

   Wybrzeże Polski opuścilismy po trzech dniach. Udało się popluskać w wodzie, poskakać na fale i zjeść pyszną, świeżo złowioną i uwędzoną rybę, dlatego też możemy powiedzieć, że morze mamy w stu procentach zaliczone!
Na szczęście to był dopiero początek niezapomnianych wrażeń i bolących pup. 

Ciąg dalszy nastąpi :)


Copyright ©2016 CYKLONAUTA, All Rights Reserved.
Liczba odwiedzin: 6189
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem